Morderca - Inni, lecz tacy sami, rozdział I

morderca w kapturze


Wiem, wiem. Dziś miał być kolejny przepis, bo sądzę, że zdążyliście zauważyć, że dodaję je w poniedziałki i piątki. Niestety, nie będzie. Bardzo wszystkich przepraszam, ale nie będę próbować pokazać, jaka to ja jestem silna i wytrzymała. Bo po prostu nie jestem. Ciąża zwala mnie z nóg. Pierwszy trymestr mocno daje mi się we znaki, dużo bardziej niż przewidywałam. Poprzednio przy ciąży z Zuzią również było mi ciężko, źle się czułam, ale wtedy miałam zdecydowanie więcej czasu na odpoczynek i dla siebie. Tym razem mimo mdłości, zawrotów głowy, zasypiania na stojąco i wymiotów mam dalej domowe obowiązki i opiekę nad Zuzią na głowie. 

Gdybym nie miała trochę wpisów z zamkniętego bloga Kolorowa Kraina to chyba nie miałabym czego dodawać na blog. Jeszcze niedawno spędzałam od 2 do 4 godzin niemal codziennie przy komputerze, czasem więcej, jak siedziałam po nocach. Teraz są to 1,5-2 godziny co drugi dzień. I nie daję już rady z blogowaniem. Postanowiłam dziś dać sobie trochę wolnego, zanim poczuję się lepiej. Przez najbliższy tydzień, dokładnie do 4 września, wpisów będzie max 2, żeby blog czymś żył. Dziś kolejny fragment mojej powieści Inni, lecz tacy sami. W przyszłym tygodniu kolejny. I jak w końcu się zmobilizuję, napiszę o rozwoju Zuzi w 21. i 22. miesiącu. Tym trudniej mi się za niego zabrać, że trwa już 23. miesiąc, nie do końca wiem, co było kiedy, a teraz pojawiły się nowe problemy - silny bunt, gdy cokolwiek jest nie po myśli córki. Nie jest lekko. 

Jednak jak odetchnę, wrócę i dalej będę blogować. Co ja bym bez bloga robiła? :) Jednak zwolnię tempo, tak, by dać sobie ze wszystkim radę. Dziękuję, że jesteście ze mną. :) Także trzymajcie się ciepło i czekajcie na nowe wpisy. Tymczasem zapraszam do miłej lektury i życzę udanego weekendu. Słońce ma być w całej Polsce, a wakacje się kończą. Bawcie się dobrze!

Poprzednie fragmenty powieści znajdziesz pod tymi linkami:
  1. Plan Szatana
  2. Skrzydła


   ***

   
   
Dwudziestoletni chłopak wracał właśnie do domu z kolejnej  podróży służbowej. Zdążył już odstawić na parking firmy samochód dostawczy i własnym autem ruszył ku Gdańsku. Czekała go jeszcze co najmniej godzina drogi, gdyż warunki były fatalne. W północnej Polsce śnieg sypał intensywnie od wielu godzin, a im bliżej Bałtyku, tym silniejsze tworzył zamiecie. Jerzy brnął przez białą kurtynę, ciesząc się na myśl, że po prawie tygodniu znów zobaczy swoją ukochaną. Miał dla Karoliny prezent, który spoczywał teraz w ozdobnym pudełeczku w plecaku na fotelu pasażera.

- Cześć skarbie! - Jerzy zadzwonił do swojej dziewczyny podczas przymusowego postoju kilka kilometrów przed Gdańskiem. Siedząc przy kawie na stacji benzynowej przeczekiwał silną falę zamieci śnieżnej. - Już niedługo będę w domu. Tęsknię za tobą...
- Ja za tobą jeszcze bardziej, kochanie. Mam dla ciebie dużą niespodziankę... - usłyszał w telefonie. Kobieta uśmiechnęła się, słychać było w jej głosie radość połączoną ze zniecierpliwieniem.
- Ja też coś dla ciebie przygotowałem!

Kilkanaście minut później opady zelżały, więc Jerzy ruszył w dalszą drogę. Wkrótce potem, będąc już w miejscowości sąsiadującej z Gdańskiem, dojrzał czerwony rozbłysk pomiędzy domami jednorodzinnymi. Zaniepokoił się, pewny, że coś się stało. Natychmiast zatrzymał się na poboczu, zarzucił kaptur kurtki na głowę i wyszedł z auta. Zostawił w nim plecak i telefon. Chłopak podbiegł do otwartej furtki posesji, za którą zobaczył rozbłysk. Wszedł na podwórko, rozglądając się. Śnieg zaczynał sypać coraz gęściej. 
- Ilu jeszcze będzie mi odmawiać?
Z tyłu domu stał mężczyzna w czarnej pelerynie, spoglądając na coś przed sobą. Po chwili powoli odwrócił się i z dziwnym uśmieszkiem na szarej twarzy zerknął w stronę zbliżającego się intruza. Za tajemniczym mężczyzną na warstwie śniegu i lodu leżał nieruchomo jakiś nastolatek. 

Jerzy przeraził się na widok martwego chłopaka i straszliwych czerwonych oczu mężczyzny. Zatrzymał się kilka metrów od niego, czując, że robi mu się coraz zimniej mimo ciepłego ubrania. Instynktownie zacisnął w pięści gołe dłonie.
Mężczyzna w pelerynie wyciągnął lewą rękę ku dwudziestolatkowi, wciąż dziwnie się uśmiechając. Rozjaśniała ono krwistą energią. Jerzy już wiedział, że jest celem. Bez wahania uniósł obie ręce. Obie zajaśniały brązową energią. Nigdy przed nikim nie ujawniał swej zdolności, teraz czuł, że to jego jedyny ratunek, skoro znalazł się w tym miejscu.

Na widok mocy Jerzego nieznajomy przestał się uśmiechać i – o dziwo – opuścił dłoń. Wpatrywał się świdrującym spojrzeniem w chłopaka, zastanawiając się nad czymś przez sekundę.
- Chcesz mi pomóc znajdywać tych, którzy posłużą naszemu panu do zniszczenia tego paskudnego świata? - spytał dziwnym głosem, z obojętnością, jakby retorycznie.
Zdziwiony Jerzy krzyknął w duchu: A niby kim ty jesteś, morderco, że miałbym ci pomagać?
- Tak myślałem – odparł mężczyzna, unosząc powtórnie rękę, emitując swą moc.

Jerzy pierwszy zaatakował, wyzwalając strumień silnej energii wprost w wycelowaną w niego dłoń. Obie moce zderzyły się tuż przed nieznajomym. Wówczas czerwona energia rozbłysła wokół swego twórcy, sięgnęła w mig do Jerzego, po czym... zniknęła wraz z mężczyznami. Za to pojawili się kilkanaście metrów dalej na polu za domem. Zdezorientowany Jerzy zapadł się w wysokiej warstwie śniegu. Wtedy poczuł coś dziwnego.

Ciało chłopaka rozbłysnęło bezwiednie brązową energią, topiąc część śniegu wokoło. On sam opadł na kolana silnie osłabiony i coraz bardziej senny. Jak przez mgłę zobaczył tajemniczego mężczyznę w pelerynie, którego zdziwił swym zachowaniem. Poczuł dotkliwe zimno – nie z zewnątrz, lecz w sobie, rozchodziło się po ciele jak ciepła krew. Osunął się w śnieg, widząc przed oczami twarz tej, za którą tak bardzo tęsknił. Zanim stracił świadomość, poczuł ogromny smutek i ból – wiedział, że już jej nigdy nie zobaczy, że nie powie, jak bardzo ją kocha i że chce z nią spędzić resztę życia... Ale jego życie właśnie zdawało się kończyć.
Tajemniczy morderca nie rozumiał, co się działo z chłopakiem, którego sam chciał właśnie zabić. Wyzwolił swą niszczycielską moc, uderzając nią w każdy kawałeczek ciała Jerzego, wciskając go głębiej w śnieg. Zaraz potem aportował się, pozostawiając kolejne ciało. Śnieg sypał wciąż i wciąż, ukrywając pod sobą tężejące ciało młodego chłopaka.
   

   
   ***

    
   
Gdy Kosma miała dwadzieścia trzy lata, urodziła śliczne bliźniaczki: Justynę i Karinę. Co ciekawe, już w połowie ciąży zanikła jej optyczna moc, dzięki czemu mogła zdjąć okulary. I nigdy więcej nie musiała ich zakładać, bo zdolność nie powróciła. Młodzi rodzice nie przerwali studiów, a dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół mogli zająć się spokojnie wychowywaniem córeczek. Jednak półtorej roku później ich życie drastycznie się zmieniło. 

Podczas wyjazdu akademickiego autokar, którym jechali studenci, w tym Kosma, wpadł w poślizg przez fatalne warunki pogodowe. Część osób zginęło, przeżyła zaledwie garstka studentów, w tym młoda mama. Miała wtedy sporo szczęścia, cudem udało jej się też nie ujawnić siebie jako skrzydlatej kobiety.
Jeden ze studentów, Krzysiek, przeżył sam wypadek, lecz trafił do szpitala w tragicznym stanie. Tam odwiedził go brat, którego od lat nie widział i nie wiedział dotąd, co się z nim działo. Brat pojawił się nagle obok łóżka rannego, w czarnej pelerynie, witając się milczeniem. Krzysztof był przytomny i na widok osoby, która zdawała się nawet nie korzystać z drzwi, poczuł się zagrożony. Ledwo rozpoznał brata – miał już męską twarz, ale zmienione rysy, takie obce i przerażające. Tylko oczy pozostały te same, krwistoczerwone.
Nikt nie miał pojęcia o wizycie Eugeniusza, po której jego brat leżał martwy, lecz nie z przyczyn wypadku autokaru. Nigdy nikt się dowiedział, co się stało na sali medycznej, na której położono rannego, a wkrótce znaleziono bez życia. Pielęgniarka, która znalazła ciało, zobaczyła otwarte wciąż oczy, nieruchome, lecz pełne smutku i żalu.

Kilka dni później Artur zniknął w nieznanych okolicznościach, nie dotarł na egzamin i nikt go już nie widział. Walerian próbował odnaleźć go telepatycznie, ale bezskutecznie. Policja rozpoczęła poszukiwania w dniu następnym. Tego dnia Kosma była sama w domu z córkami, czekając na powrót Błażeja z zajęć akademickich. Martwiła się o męża, czując, że stało się coś złego. Ten strach i smutek pozostał na zawsze na jej delikatnej twarzy. Gdy brat Kosmy dotarł z uczelni do jej mieszkania, otwierając drzwi kluczem, zobaczył ją na podłodze w pokoju córek. Jej skrzydła, odsłonięte, leżały bezwładnie rozłożone. Leżała na wskroś, jakby upadła, popchnięta, z wciąż mokrą od łez twarzą, a jej ciało stawało się coraz zimniejsze.  Ze łzami siostry zmieszały się łzy Błażeja. Chłopak rozejrzał się, zdając się szukać mordercy. Wtedy zauważył, że łóżeczka bliźniaczek stoją puste, a dzieci nie ma w żadnym kącie mieszkania. Nigdzie nie było śladu włamania, kradzieży, szarpaniny czy krwi ofiar. Kosma również nie miała najmniejszej rany.
Zawiadomiony tym, co się stało Walerian, czym prędzej przyjechał do domu przyjaciół. Z trudem powstrzymał łzy i lawinę pytań: dlaczego? Kto? Teraz ważniejsze było znalezienie rodziny zmarłej.
   
Długie poszukiwania Artura i jego córek nie dało dobrych efektów. Po paru dniach znaleziono ciało Artura na błoniach za miastem. Leżał tam martwy i zimny, z otwartymi oczami. W nich malowała się tęsknota i lęk. Nie był ranny ani zakrwawiony. Jednak dzieci nie odnaleziono i nie natrafiono na żaden ślad po nich. Po prostu rozpłynęły się, nie dało się żadnej z nich odnaleźć nawet telepatycznie.
 
Rodzina zmarłych i ich najbliżsi przyjaciele byli zdruzgotani. Nie wiedzieli, dlaczego zginęli niewinni młodzi ludzie, kto ich zabił, ani co się stało z osieroconymi bliźniaczkami. Obawiano się, że i one nie żyją – policja wskazywała na to jako jedyne wyjaśnienie – były świadkiem zabójstwa swojej mamy. Mimo, że miały ledwie półtorej roku, dla mordercy były niewygodnym obciążeniem. Nikt nie miał jednak wyjaśnienia, dlaczego dzieci nie zostały zabite w domu, a więc, co naprawdę się z nimi stało. Walerian czuł, iż Justyna i Karina żyją. Ale nie umiał tego wytłumaczyć, skoro wielokrotnie bezskutecznie próbował znaleźć telepatycznie obie dziewczynki.
   
Przeprowadzono autopsję Artura, aby zbadać, jak umarł. Policja chciała to samo zrobić z Kosmą, lecz Błażej nie pozwolił. Jej ciało zostało ukryte w trumnie i pozostało w chłodni prosektorium do czasu pogrzebu. Nikt poza najbliższymi nie zobaczył martwej Kosmy, nie chcieli ujawnić jej odmienności. Niestety, badania niczego nie wykazały. Lekarz policyjny nie potrafił wskazać, dlaczego Artur zmarł. Był całkowicie zdrowy,  do niczego złego w jego organizmie nie doszło. Tak, jakby nagle wszystko przestało funkcjonować. Zupełnie jak sprzęt, który w ułamku sekundy po odłączeniu od zasilania, wyłącza się całkowicie. Tylko dlaczego organizm wyłączył się w jednej chwili, a do tego nie dało się tego już odwrócić? Co tak naprawdę przytrafiło się Krzysztofowi, Kosmie i Arturowi? Nikt nie znał odpowiedzi, a sprawca tych zbrodni pozostał nieznany przez wiele lat. 
   
Jeszcze przez długie tygodnie Błażej z przyjacielem poszukiwali po całej Polsce małych bliźniaczek. Szukali na wiele sposobów, przy czym Walerian wielokrotnie usiłował zlokalizować je telepatią. Za każdym razem miał nadzieję, że w końcu natrafi na jakikolwiek ślad. Wszelkie starania ich obu były daremne.
- Jestem pewien, że one żyją. Nie potrafię ich wyczuć, ale paradoksalnie czuję, że są gdzieś tutaj, na ziemi, wśród żywych... – szeptał Walerian wiele razy. 
- Gdyby mogły być z nami... Kto chciał takiej tragedii? – Błażej przez lata miał się bić z tą myślą.


Koniec rozdziału I


Podziel się w Google Plus

O autorce Anna Wojtyna

Jestem Ania, mama, która uwielbia gotować, piec i jeść oraz blogować. Więcej o mnie znajdziesz na stronie "O mnie"

0 komentarz(y) :

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w komentarzach. Czytam wszystkie komentarze i staram się odpowiadać na każdy z nich.
Pozdrawiam i zapraszam do szukania innych inspirujących przepisów lub porad rodzicielskich!